Marcin, dziękujemy, że poświęciłeś nam chwilę swojego czasu i zgodziłeś się odpowiedzieć na kilka pytań 🙂

Powiedz, ile razy brałeś udział w ZUKu?
Brałem udział we wszystkich edycjach Zuka czyli w ośmiu. Na pierwszą edycję zapisałem się zbyt późno i byłem przekonany, że nic z tego nie będzie. Jakiś czas po zapisach dostałem maila od organizatorów . Okazało się , że zwolniło się miejsce i mogę pobiec. Potem miałem szczęście w losowaniach i jakimś cudem rokrocznie znajdowałem się na listach startowych. Aż przyszedł ten jeden raz kiedy nie miałem szczęścia i nie znalazłem się na liście wylosowanych. O dziwo krótko po publikacji listy odezwali się organizatorzy. W przesłanej wiadomości napisali, że z uwagi na moją ZUKową historię proponują mi start z listy organizatorów. Oniemiałem! Ja, biegacz z końcówki stawki, zaproszony jak przedstawiciel elity biegowej! Takie rzeczy tylko na ZUKu! Oczywiście skorzystałem z zaproszenia. Również w tym roku jestem na liście startowej i zamierzam wystartować.

Dlaczego wracasz tu co roku?

Zuk był moim pierwszym biegiem ultramaratońskim. To taka miłość od pierwszego wejrzenia. Można powiedzieć, że od ZUKa zaczęło się moje prawdziwe górskie bieganie, że mnie w jakiś sposób ultramaratońsko ukształtował. Później była mi.in. Sudecka Setka, Kierat, Chojnik Maraton, Siedemdziesiąt z Hakiem w ramach Chojnik Fastiwalu, Dziki Groń, Bieg Siedmiu Dolin 64 km, trzykrotnie Tatra Fest Bieg, Łemkowyna 72 km i inne . Były i porażki jak na przykład w Biegu Granią Tatr ( tu niestety kompletnie nie mam szczęścia w kolejnych losowaniach i nie udaje mi się biegowo zrehabilitować ). Ale największy sentyment pozostał przy tym pierwszym ultramaratonie, przy ZUKu. Nie bez znaczenia jest też fantastyczna atmosfera tego biegu , organizacja na najwyższym poziomie jak i kontekst samego biegu związany z upamiętnieniem Tomka Kowalskiego. Trudno nie wspomnieć również o niepowtarzalnej imprezie kończącej całe wydarzenie.

My pewnie nie zadalibyśmy tego pytania, bo kochany te góry, ale pewnie nie jedna osoba zapytałaby Cię „ Nie znudziła Ci się ta trasa?”

Nie, nie znudziła bo ona nie jest nudna. A wręcz przeciwnie jest bardzo różnorodna i zmienna. Przecież na przestrzeni tych lat zmieniało się wiele elementów. Miejsce startu i mety, kierunek biegu, dodatkowa pętla za Petrovką . A do tego raz słońce raz mgła, raz bezwietrznie a raz huragan, raz po śniegu a innym razem po lodzie. Na tej trasie nigdy nie jest nudno i nigdy nie wiadomo do końca co nas na niej spotka.

Miałeś okazję widzieć Karkonosze w różnej pogodzie i z różnych perspektyw. Jakie masz wspomnienia z tych lat? Jest coś co szczególnie zapadło Ci w pamięci?

Szczególnie zapadł mi w pamięć ZUK w 2021 roku, który co prawda się oficjalnie nie odbył z uwagi na epidemię, ale faktycznie troszkę jakby się odbył. Razem z moim biegowym przyjacielem Wojtkiem Turlejem stwierdziliśmy, że spędzimy ten weekend jak co roku. Wojtek również przebiegł wszystkie ZUKi i nie wyobrażaliśmy sobie by w tym czasie nie było nas w Karkonoszach. Dokładnie o 7:30 w dniu kiedy miał się odbyć odwołany ZUK wystartowaliśmy ze Szklarskiej Poręby. Założyliśmy nawet numery startowe z poprzednich lat. To było zupełnie inne doświadczenie. Z jednej strony odrobinę smutne- brak było elementu biegowej rywalizacji, staliśmy na starcie sami. Z drugiej strony przytrafiła nam się cudowna , słoneczna i bezwietrzna pogoda jakiej nie było podczas żadnej z edycji ZUKa. Do tego niespodziewane spotkanie Agnieszki Korpal i organizatorów w Schronisku Odrodzenie. Następnie spotkanie z tatą Tomka Kowalskiego przed podejściem na Śnieżkę. Poza tym spotkania na trasie z biegaczami bo jak się okazało, również inne osoby wpadły na podobny pomysł. To był ZUK w rytmie slow, z degustacją „ izotoników” w mijanych schroniskach. Za Przełęczą Okraj zatrzymał nas strażnik parku, który widząc nasze numery startowe podejrzewał, że bierzemy udział w jakiś nielegalnych, w tamtym epidemicznym czasie, zawodach. Na szczęście dał sobie wytłumaczyć, że biegniemy tak naprawdę indywidualnie. Bieg zakończyliśmy tradycyjnym finiszem na deptaku w Karpaczu, dokładnie w tym samym miejscu gdzie rokrocznie jest meta. A potem była tradycyjna na ZUKu impreza. Tyle że w małym, rodzinno-przyjacielskim gronie.

Czy góry kiedyś Cię zaskoczyły? Czy to coś w Tobie zmieniło?

Zaskoczyły i to bardzo. Sądzę, że nie tylko mnie podczas pamiętnego ZUKa w 2019r. Wiedziałem oczywiście, że warunki będą trudne. Brałem udział w odprawie przed biegiem ,słyszałem ostrzeżenia organizatorów i widziałem ich skupione twarze bez cienia uśmiechu. Podobnie jak inni uczestnicy z mieszanymi uczuciami przyjąłem skrócenie dystansu. Ale to co się wydarzyło następnego dnia przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Odcinek do Schroniska na Hali Szrenickiej nie zwiastował niczego złego. Był normalny bieg, rozmowy, robienie zdjęć. Za schroniskiem rozpętało się śnieżne i wietrzne piekło. Widoczność spadła do kilkunastu metrów. Siła wiatru była taka, że trudno było utrzymać się na nogach. Śnieg i kryształki lodu uderzały w twarz. Kijki trekkingowe stały się bezużyteczne bo nie można ich było, ze względu na siłę wiatru, utrzymać w pionie. Jakakolwiek rozmowa, ze względu na huk wiatru, była niemożliwa. Bieganie właściwie się skończyło. Było powolne brnięcie do mety. O mały włos nie skończyłem tego biegu u okulisty. Biegłem w soczewkach kontaktowych i już podczas biegu czułem, że coś się z jedną z nich dzieje. Oczywiście w tych warunkach nie było mowy żeby coś sprawdzić czy poprawić. Na mecie w Odrodzeniu okazało się , że wiatr wcisnął mi gdzieś soczewkę w boczne rejony gałki ocznej. Na szczęście udało mi się samemu z tym poradzić. Gdyby to nie był bieg na który czekam cały rok , to w tych warunkach nawet bym nie wystawił czubka nosa ze schroniska. Kto brał udział w tej edycji wie , że nie przesadzam. Kto nie był -polecam obejrzenie filmu z tej edycji ( jest na stronie ZUKa).

Co się zmieniło w twoim bieganiu przez tych… 10 lat?

Nie potrafię powiedzieć czy jestem teraz lepszym czy gorszym biegaczem niż 10 lat temu .Na pewno bardziej świadomym co wynika z doświadczenia. Chcę zaznaczyć, że z reguły plasuję się w tylnych rejonach list z wynikami. Takie są po prostu moje możliwości. Ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Sam udział i ukończenie biegu górskiego dają mi wystarczająco dużo radości. Jedno na pewno się nie zmieniło-apetyt na bieganie w górach, który stale rośnie. W tym roku po raz pierwszy chcę spróbować swoich sił w nieco wyższych górach, z dala od naszego krajowego podwórka. W czerwcu wybieram się na Lavaredo.

Czym jest dla Ciebie bieganie po górach?

To trudne pytanie bo dotyczy w dużej mierze bardzo indywidualnych, wewnętrznych przeżyć, które towarzyszą nam podczas biegów górskich. Jest oczywiście kwestia samej przyjemności z przebywania w górach, odpoczywania w nich , obcowania z przyrodą. Tu wspomnę tylko na marginesie , że w pewnym stopniu mam górskie ( czy raczej góralskie) pochodzenie. Mój tato urodził się w Czorsztynie w Pieninach i tam mieszka znaczna część rodziny. Ale jest też ten aspekt wewnętrzny. Tak się składa, że wykonuję zawód w mojej ocenie dość mocno obciążający psychicznie. W związku z tym potrzebuję jakieś odskoczni. Biegi górskie są właśnie tym co pozwala mi wywietrzyć głowę, schować gdzieś w zakamarkach umysłu przykre i trudne sytuacje z którymi się stykam. Bo wyrzucić ich się całkowicie nie da.

Marcin, dziękujemy za wywiad i życzymy powodzenia w tegorocznej edycji!
Do zobaczenia w Karpaczu!